Birkin - legenda
Historia Birkin zaczęła się całkiem niepoważnie – od rozlanej kawy i dwóch osób w samolocie.
Rok 1983. Lot Paryż–Londyn. Jane Birkin, wiecznie spóźniona, wiecznie rozczochrana aktorka-ikona, wrzuca swoją słynną wiklinową torbę na półkę nad głową. Kosz oczywiście się wywraca, wszystko wylatuje: paszport, pieluchy dla niemowlęcia, paczka Gauloises’ów, kredki córki, jakaś samotna skarpetka. Obok siedzi elegancki pan w idealnie skrojonym garniturze – Jean-Louis Dumas, ówczesny szef Hermèsa. Patrzy na ten armagedon i zamiast się wzdrygnąć, śmieje się.
– Powinna pani mieć porządną torbę, która wszystko pomieści – mówi. – Taką, żeby była wielka, miękka i żeby dało się ją nosić jak worek na ziemniaki, tylko ładniejszy – odpowiada Jane, wycierając dziecko chusteczką.
Jean-Louis wyciąga ołówek, serwetkę lotniczą i zaczyna szkicować. Jane dopisuje swoje życzenia: dwie rączki, żeby nosić na ramieniu, zamek (bo „rzeczy mi ciągle wypadają”), dużo kieszonek i koniecznie wysoka, żeby zmieściły się pieluchy, butelka wina i płyty winylowe. On kiwa głową. Ona myśli, że żartuje.
Rok później kurier puka do jej drzwi w Paryżu. W środku – prototyp. Wielki (40 cm), z cielęcej skóry, z długimi rączkami, zamkiem i napisem „Jane” wytłoczonym wewnątrz. Jane piszczy, zakłada ją od razu i leci na imprezę. Wszyscy pytają: „Co to za cudo?”. Ona wzrusza ramionami: „A, taki Jean-Louis mi zrobił”.
Hermès wprowadza torbę do kolekcji w 1984 roku i nazywa ją po prostu „Birkin”. Na początku traktują ją jak większą siostrę Kelly – coś praktycznego dla matek i artystek. Nikt nie spodziewa się rewolucji.
Przez lata 80. i 90. Birkin żyje sobie spokojnie w szafach paryżanek, które naprawdę używają jej do noszenia zakupów z targu i dziecięcych zabawek. Victoria Beckham jeszcze jej nie zna, Anna Wintour jeszcze nie robi jej zdjęcie.
A potem przychodzi rok 2000., „Seks w wielkim mieście” i odcinek, w którym Samantha próbuje zdobyć Birkin, udając, że ma romans z Lucy Liu. Świat oszalał. Nagle wszyscy wiedzą, że tej torby „nie można sobie po prostu kupić”. Że trzeba czekać. Że to symbol.
W latach 2000. ceny zaczynają rosnąć jak szalone. Z 5 tysięcy dolarów w 1984 roku skaczą na 10, potem 20, potem 50 tysięcy. Na aukcjach pojawiają się egzemplarze specjalne: z krokodyla, z diamentami, w kolorze bubblegum pink, które ktoś kiedyś zamówił dla zabawy. Rekord pada w 2017 roku – Himalaya Birkin sprzedana za setki tysięcy dolarów. Ludzie przecierają oczy: torebka droższa niż mieszkanie w Warszawie?
A Jane? Jane dalej nosi swoją pierwszą, już mocno wytartą, z plamą od czerwonego wina i wgnieceniem od butelki szampana. Czasem ktoś ją pyta: „Nie boi się pani, że pani tyle warta?”. Ona się śmieje: „To tylko torba. Ważne, żeby było gdzie wrzucić pieluchy i wino”.
I tak oto z przypadkowej rozmowy nad chmurami powstał chyba najbardziej szalony obiekt pożądania XX i XXI wieku. Torebka, która zaczęła jako żart, skończyła jako inwestycja lepsza niż złoto i jednocześnie jako codzienny kumpel od zakupów.
Bo Birkin jest jak dobra przyjaciółka im dłużej z nią jesteś tym bardziej ją lubisz.